You are here Home Stegna Wakacje z "Chorobździlkiem" :)
Item image

Lato 2013.

AKTORZY:
- główna rola: Sebastian, lat 4,5. Przez rodzinę nazywany uroczo „Chorobździlek”. Chorował na potęgę od stycznia do grudnia. Zazwyczaj co 2 tygodnie.
- aktorzy drugoplanowi: Rodzice, przerażeni brakiem odporności u smyka. Ulubione zdanie „znowu chory? Ile można…?”

REŻYSER:
Samo życie…

Akt I. „Mamy dość!”.
Po kolejnym faszerowaniu substancjami na receptę rodzice powiedzieli „DOŚĆ. Koniec. Basta! THE END chorowania”. Szukali niekonwencjonalnych sposobów na poprawienie odporności u syna. Czosnek, syrop z cebuli – jak większość zdrowych rzeczy nie przeszły synowi przez gardło („chorobździlek” był też niejadkiem – prostuje reżyser); tran – nie pomógł; szczepienia doustne – efekt ZERO; syropki na odporność – skład to tablica Mendelejewa, więc nie próbowaliśmy nawet. Na akupunkturę za mały (kto lubi kłucie?), do słynnych nalewek miodowych babuni brakowało mu prawie 14 lat. Skończył się pomysły… Aż tu nagle pewna mądra głowa (bez specjalizacji medycznej) poradziła – „Jedźcie z Nim nad morze, to raj dla takich „Chorobździlków” jak On! Duża zawartość jodu w powietrzu wpływa zbawiennie na odporność dziecka. Wiem, z doświadczenia”. Coś nowego – pomyśleli rodzice i zaplanowali podróż z synem nad rozległą wodę: Morze Bałtyckie…

AKT II. „Stegna wita!”.
Wyruszyli w podróż. Niedaleką. Niecałe 300km. „Czyżby rozwiązanie problemu było tak blisko?” – pomyśleli. To był ich pierwszy pobyt nad morzem. 1,5 tygodnia. Domek wczasowy 10min od wody. Wspaniały klimat.
Dotarli na samą noc. I już pierwszej nocy stał się cud – „Chorobździlek” zaczął oddychać przez noc, nie męczył go katar, chrypka, nic. Spokojny i cichy sen. Tak cichy, że rodzice sprawdzali czy wszystko jest ok… Było wspaniale.

AKT III. „Wakacje nad morzem najlepszym lekiem!”.
Dni nad morzem mijały beztrosko i bez ustalonego rytmu. Spontaniczne. Jednego dnia rodzina była na plaży zażywając kąpieli słonecznych i tych wodnych, drugiego zwiedzali Gdańsk czy Sopot (jednak zwiedzania było mało, raczej rozkoszowali się urokami plaży). Bez pośpiechu. W komplecie. Uśmiechnięci, bo w końcu mają czas dla siebie. Radośni, bo „Chorobździlek” nie przejawia żadnych oznak choróbska (a On źle znosił wszystkie wyjazdy). Oddycha lepiej, jest zadowolony i ma więcej energii. Cały dzień na zmianę kąpał się w morzu, zbierał muszelki do wiaderka, lepił dziwne budowle z piasku czy kazał się zakopywać pod samą szyję. Cudowny widok.

AKT IV. „Podsumowanie zbawiennej wyprawy”.
Półtora tygodnia minęło szybko. Za szybko. Rodzina wróciła do domu. I wiecie co się stało? Jeden wyjazd sprawił, że „Chorobździlek” prawie wcale nie choruje (tfu! tfu!). Te kilkanaście dni tak wzmocniły Jego odporność, że teraz nawet jak się przeziębi, to kończy się na kilkudniowym katarze i TO WSZYSTKO! Niesamowite. Lekarstwo na odporność było tak blisko! Te wakacje długo zostaną w pamięci rodziny, bo dzięki nim zaczął się nowy etap w ich życiu. Bo czy jest coś wspanialszego niż zdrowe dziecko? :)

Od tego wyjazdu mamy zamiar jeździć nad morze co roku o ile tylko szef i portfel pozwolą nam na to. Będziemy jeździć dla pięknych wspomnień i dla zdrowia naszego Synka!

Szczęśliwi Rodzice i „nie-Chorobździlek”.


Wakacje z dziećmi nad morzem – poznaj kolejne podróże:

Wakacje z „Chorobździlkiem” :) 5.00/5 (100.00%) 1 vote