Wasze wakacyjne wspomnienia

Jastarnia 2014 z niemowlakiem

Ostatni tydzień czerwca 2014 spędziliśmy na Półwyspie Helskim, w Jastarni. To były nasze pierwsze rodzinne wakacje, bo dokładnie trzy miesiące wcześniej zostaliśmy szczęśliwymi rodzicami Maksymiliana. Z małej miejscowości pod Warszawą do celu dojechaliśmy w 8 godzin – ze względu na naszego maluszka musieliśmy robić częste postoje na karmienie czy zmianę pieluszki. Przetestowaliśmy autostradę A1. Jest to trasa naprawdę godna polecenia, ale jeśli planujecie podróż tym odcinkiem to koniecznie zatankujcie wcześniej do pełna. Po drodze są (uwaga!) tylko 2 stacje benzynowe, z czego pierwsza była nieczynna! Plusem jest, że na tych stacjach, jak również na kilku innych zjazdach, funkcjonują toalety z kabinami do przewijania niemowląt.
Jastarnia przywitała nas pięknym słońcem, silnym wiatrem oraz ciepłym uśmiechem pewnej kaszubskiej rodziny. Z całą pewnością możemy polecić noclegi w Willi Dominik. Mieliśmy ładny, duży pokój z łazienką na trzecim piętrze. Przemiła gospodyni użyczyła nam łóżeczko turystyczne, a w wyposażeniu pokoju był też sprzęt plażowy, lodówka, mikrofalówka, naczynia i sztućce. Jednym słowem – standard niemalże hotelowy w niezwykle korzystnej cenie.
Do centrum miasta szliśmy jakieś 10 minut, natomiast do plaży jakieś 3. Ogromną zaletą Jastarni jest to, że gdziekolwiek się człowiek zatrzyma na nocleg, to i tak do plaży zawsze jest blisko, ba, nawet do dwóch plaż, bo po zachodniej stronie półwyspu jest plaża typowo turystyczna, a po drugiej stronie coś dla bardziej aktywnych – szkółka windsurfingowa, molo, port. My oczywiście częściej korzystaliśmy z turystycznej, szerokiej i piaszczystej plaży, do której prowadził piękny sosnowy las. Po drodze mijaliśmy tory, co w ogóle nie było uciążliwe, bo większość wejść na plażę jest przystosowana do wózków dziecięcych.
Czwartego dnia naszego pobytu wyruszyliśmy na odległy o jedyne 13 km Hel. Tutaj obowiązkowym punktem jest oczywiście fokarium, do którego obiecaliśmy sobie powrócić, gdy Maks podrośnie. Zachwyciła nas trasa spacerowa wiodąca na Cypelek, czyściutka plaża i turkusowa woda.
Hel to miejsce bardzo ciekawe również z historycznego punktu widzenia – znajdują się tu bunkry i pozostałości fortyfikacji z czasów drugiej wojny światowej oraz Muzeum Obrońców Wybrzeża. Niestety nie udało nam się ich zwiedzić, bo dla Maksa ta wycieczka okazała się już za długa.
Nie zaznaliśmy prawdziwie wakacyjnej pogody, ale dzięki temu, że wybraliśmy się nad morze jeszcze przed sezonem to udało nam się uniknąć tłumów. Tylko ostatni dzień naszej wyprawy pozwolił na dłuższy pobyt na plaży. Maks po raz pierwszy zobaczył morze z bliska i wydawał się zachwycony albo może przestraszony jego ogromem – ciężko stwierdzić, ale gdy zbliżyliśmy się z nim do wody wydawał różne, nieznane nam dotąd odgłosy, energicznie machając przy tym nogami
W tym pozornie małym miasteczku jest mnóstwo jadłodajni, spośród których każdy znajdzie coś dla siebie. Wiele z nich, ku radości męża, oferowało turystom również rozrywkę w postaci transmisji z odbywających się wówczas mistrzostw świata w piłce nożnej. Szczerze polecamy bajkową restaurację ”Werandę” z regionalną kaszubską kuchnią oraz smażalnię ryb „Kaper”, która może z zewnątrz nie powala, ale za to serwuje wyśmienite smażone i grillowane ryby oraz regionalne dania rybne. A jeśli będziecie chcieli odpocząć od morskich smaków to koniecznie odwiedźcie „Łóżko” ze świetną pizzą, makaronami i sałatkami. W każdej z tych restauracji bez problemu można wjechać wózkiem, a nawet nakarmić piersią.
Najbardziej utrwali nam się jednak w pamięci ta serdeczna gościnność i otwartość Kaszubów oraz rodzinna atmosfera tego miejsca. Nic dziwnego, że zdecydowana większość turystów w Jastarni to rodziny z małymi dziećmi. Początkowo obawialiśmy się wyprawy z tak małym dzieckiem, zupełnie niepotrzebnie. W takich przyjaznych warunkach podróżowanie z niemowlakiem to pestka.

Polskie morze = wspaniałe wakacje!

Nad polskie morze jeździmy co roku, czyli już… 2 razy;), bo moja córcia właśnie kończy 1,5 roku. W zeszłym roku byłyśmy we Władysławowie, w tym roku w Jelitkowie, niedaleko Sopotu. Oba wyjazdy kompletnie różne, ale równie wspaniałe. Dwa różne doświadczenia, ale oba jakże cenne. To niesamowite, że pierwsze nasze wspólne wakacje moja córcia spędziła głównie na rączkach mamusi i ciotek, a rok później sama odkrywała nowe podłoże jakim jest piasek. Człowiek wszystko musi odkryć, spróbować. Czasem zapominamy, że chodzenie po plaży to ogromna umiejętność. Gdy widziałam moją córcię zafascynowaną nową dla niej scenerią, ale jakże trudną, pomyślałam sobie, że powinniśmy się uczyć od dzieci samozaparcia, wiary i chęci odkrywania czegoś nowego. Chociaż pierwsze kroki przypominały bardziej kroki człowieka wracającego po udanej imprezie, Matylda nie poddawała się, wstawała, otrzepywała się i próbowała jeszcze raz. Bierzmy przykład z dzieci, bo często za wcześnie się poddajemy!

DEKALOG udanych wakacji:
1. Zabierz najlepsze ciotki ze sobą na wyjazd. Będziesz miała i Ty w końcu chwilę na drzemkę.
2. Weź na plażę 5 zapasowych zestawów ubrań. Nie. Nie dla siebie, gdy wypatrzysz jakiegoś przystojniaka, tylko dla dziecka. Szczególnie, gdy lubi wodę :).
3. Nie planuj. Z dzieckiem najlepsze wakacje, to te spontaniczne.
4. Wykorzystuj każdą chwilę, gdy dziecko śpi. W końcu jest czas, by zrealizować listę „to do”.
5. Przygotuj 10 różnych zabaw zapasowych. Wakacje rządzą się swoimi prawami.
6. Zapasowy banan w torebce to dobry sposób na nagły głód Twojego malucha. Pamiętaj, Ty już nie rośniesz, dziecko tak. :)
7. Przygotuj się na wakacyjny szał radości. Polskie morze to podstawa udanego urlopu!
8. Płacz w samochodzie w drodze powrotnej to normalne. Sam czasem byś popłakał wracając w poniedziałek po urlopie do pracy.
9. Schowaj komputer, telefon i inne urządzenia i ciesz się chwilą.
10. Spróbuj dostosować się do wszystkich powyższych rad. ;)

Zakochani w Morzu Bałtyckim

Od kiedy sięgnę pamięcią nasze wakacje spędzamy nad Morzem Bałtyckim. Wcześniej były to różne miejscowości – właściwie zwiedziliśmy całe wybrzeże. Jednak od 3 lat jeździmy do Międzyzdroji co roku.

Zakochaliśmy się w tym zakątku gdzie woda bywa najcieplejsza na Bałtyku, gdzie można zobaczyć nienaruszoną przyrodę Wolińskiego Parku Narodowego, gdzie po prostu nie ma miejsca na nudę! Tutaj znajduje połączenie wypoczynek, zabawa i naturalne piękno.

Międzyzdroje nie są bardzo dużym kurortem jednak ze względu na Festiwal Gwiazd i inne imprezy kulturalne przyciągają do siebie bardzo dużo turystów zarówno Polskich jak i Niemieckich.

Nasze coroczne wakacje właśnie tu zaczęliśmy z 10-miesięcznym synkiem. I naprawdę byliśmy bardzo zadowoleni. Tu oprócz wypoczynku miejscowość oferuje dużo atrakcji takich jak oceanarium, spacer w Wolińskim Parku Narodowym i podziwianie zagrody Żubrów, wizytę w Muzeum Figur Woskowych, wystawę klocków Lego, wesołe miasteczko i wiele innych. Dla każdego czy małego czy dużego coś się znajdzie.

Nasz synek w tym roku 3 latek również był z nami na wakacjach w Międzyzdrojach – zdjęcia są tego pamiątką. Naprawdę wspomnienia mamy cudowne i z rozmarzeniem patrzymy na fotki.

Od strony gastronomicznej dla rodziny z dzieckiem dużym plusem jest ogromny wybór lokali w których można zjeść obiadek- oczywiście dla nas i dla synka rarytasem był obiad ze świeżym dorszem – mmmnnn…pycha! Ale nie mogło zabraknąć także gofrów z owocami i bardzo śmietankowych lodów ;)

Muzyka która rozbrzmiewa ze wszystkich stron (wieczorne koncerty, tańce wodza Indiańskiego, pokazy młodych talentów) dodaje uroku wieczornym przechadzkom promenadą. A gdy już jest ciemno warto wyjść na Międzyzdrojskie Molo by ujrzeć lecące z plaży lampiony szczęścia.

Kolejny urlop spędzony nad naszym Bałtykiem zaliczamy do bardzo udanych i polecamy Międzyzdroje wszystkim rodzinom – tu nie można się nudzić!

Historia w kilku aktach

Cieszę się, że mieszkam w kraju który ma dostęp (i to całkiem spory :) ) do morza.
W latach 80-tych rodzice zabierali mnie do wujostwa do Darłowa.
1: w Darłowie ciocia zniosła mnie po schodach na plażę. Krzyczę tak głośno, że chcę „sama”, że wnoszą mnie na górę ponownie. Już wiadomo, że będę uparta.

2: mam 6 lat, dopiero co wyszłam ze szpitala po operacji wyciętego wyrostka. Z chodzenia po drzewach tego lata nic nie będzie. Mam się oszczędzać. Babcia zabiera mnie nad morze. Do Łaz(y). Babcia robi mi zdjęcie. Tańczę w żółtej sukience. Uroczo. Jest to moje pierwsze kolorowe zdjęcie.

3: jedziemy na wycieczkę. Padło na Sopot. Dziś wiem, że karmienie łabędzi niezjedzonym na obiad kotletem to głupota. Mam nadzieję, że nic im się nie stało.

4: letnie znajomości uczą nas czasem więcej niż szkoła. Jest 1998 rok, na kolonii w Białym Dunajcu poznaję chłopaków z Gryfina. To dzięki nim wyłamuję się ze schematu nieogarniętego Polaka, i wiem że Szczecin nie leży nad morzem ;)

5: mam 17 lat i w końcu! jadę sama na wakacje, do Pobierowa. Ja i znajomi z Gryfina. Mamy naście lat i mało kasy, dlatego będziemy spać pod namiotem. Rozbijamy go na podwórku u jakiegoś państwa, to jest tańsze niż pole namiotowe. Jednak niekoniecznie bardziej bezpieczne. Okradli nas tam. Nie mamy łazienki, także poznajmy smak kąpieli pod ogrodowym wężem. Dobrze, że lato było ciepłe ;)

6: skończyłam liceum. Jedziemy z Gosią do Chorwacji, a potem nad Bałtyk. Międzyzdroje, Łeba, i Rewa. Podążamy tropem windusrferów. Poznaję m.in. Wojtka Brzozowskiego, dwa miesiące później przeprowadzam pierwszy w życiu wywiad do studenckiego magazynu. Pada na Wojtka. Fajnie jest. Czuję się taka ważna ;)

7: jedziemy z Gosią do Łeby. Do dziś nie wiem dlaczego, aż 9 godzin?!!! I dlaczego całą drogę musiałyśmy stać w pociągu z plecakiem ze stelażem. Koszmar.

8: Siedzę znudzona w domu i rozmawiam z kolegą na GG. Pada pomysł jedźmy na Hel, na imprezę. W sumie dlaczego by nie… Pakuję się i wieczorem wsiadam do pociągu. Kolega dosiada się w Bydgoszczy. Nikt nam nie chce wynająć pokoju na Helu :) Bo niby za krótko. No, ale w końcu się udaje. Koledzy się śmieją, że spakowałam rękawiczki. Przestali się śmiać, gdy wracaliśmy nad ranem z imprezy, a ja dzięki rękawiczkom nie marzłam. Hel jest piękny, ale strasznie wieje…

9: Na świecie jest już mój syn. A ja od roku wychowuję go sama. U znajomych trafiam na kolegę sprzed lat. Pochodzi z Kołobrzegu, jest marynarzem, kapitanem na kontenerowcach. Zakochujemy się w sobie. Któregoś dnia siedzimy i gadamy o życiu, a ja mówię, że mam ochotę na gofra. Jest godz. 13. Wsiadamy w samochód i jedziemy nad morze. Jest czas na spacer, kilka zdjęć, pocałunków i na gofry.

10: Jesteśmy razem. Czas oswoić mojego syna z tą sytuacją. Często jeździmy do Grzybowa. Czasem nawet co weekend. Od tego czasu morze to nie tylko opalanie i pływanie. Zwiedzamy latarnie morskie (uwielbiam!!!). Zwiedzamy wystawy, muzea, pływamy różnymi statkami, żaglowcami, wypływamy w morze. Delektujemy się tym wszystkim. Jest super.

11: znów jestem sama z młodym. Podobno dwa lata temu miłość wygasła w ciągu jednego dnia. Nie mam pomysłu co robić w wakacje. Wybieram Międzyzdroje, bo tam mamy najbliżej z Poznania, i najlepszy dojazd (PKP). Akurat jest okolica 15.08 o noclegi trudno. Znajomy poleca nam kwatery u kogoś ze swojej rodziny. Jedziemy! Ja i mój syn. Pierwszy raz sami, pociągiem. Pierwszy raz sami, tak daleko. Młody ma 6 lat. Dwie walizki, wiaderko, łopatka, dziecko, które przez bite 3h podróży co 5 minut pyta „daleko jeszcze?”. No, ale daliśmy radę :) I to były jedne z naszych najlepszych wakacji! Byliśmy sami i niczym się nie przejmowaliśmy. Codziennie delektowaliśmy się miejscowymi specjałami z lokalnych restauracji (na szczęście dobrzy ludzie podpowiedzieli nam gdzie jeść ;) Opalaliśmy się, budowaliśmy zamki z piasku, chodziliśmy do kina, na koncerty, na spacery. W tym roku pytał czy znów tam pojedziemy… pojedziemy, ale może za rok :) W tym roku młody pojechał z tatą na Hel.

Bałtyk po męsku ;)

Ośmiodniowa rowerowa wyprawa z 9-cio letnim synem wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku – od Świnoujścia po Hel. Strome klify, piaszczyste wydmy, ujścia rzek, nadmorskie kąpieliska, dzikie plaże, tereny wojskowe, latarnie morskie… Widzieliśmy tyle, że o samej przygodzie mógłbym napisać książkę. Tutaj to niemożliwe. A więc w skrócie – trasa podzielona była na osiem odcinków:
1. Świnoujście – Pobierowo
2. Pobierowo – Bagicz
3. Bagicz – Darłówek
4. Darłówek – Łeba
5. Łeba – Poddąbie
6. Poddąbie – Dębki
7. Dębki – Jastarnia
8. Jastarnia – Hel – (prom) Gdynia
Średni dzienny dystans oscylował wokół 50 km (najdłuższy 76 km, najkrótszy 15 km ostatniego dnia). Nigdzie się nie spieszyliśmy. Wręcz przeciwnie – często włóczyliśmy się bez pośpiechu, nadrabiając drogi, by zobaczyć jakieś ciekawe miejsce. Codziennie znajdowaliśmy czas, by pobyczyć się na plaży i wykąpać. Spanie – campingi, których jest mnóstwo. Rada: unikać dużych, gwarnych i zatłoczonych – tu standard był najniższy a ceny najwyższe.
Czy dla dziewięciolatka nie jest to zbyt trudna trasa? Nie, pod warunkiem, że nie będzie to dla niego pierwszy kontakt z rowerem. Dzieciaki, które są w miarę aktywne i jeżdżą wraz z rodzicami na bliższe i dalsze wycieczki – poradzą sobie. Decyzję powinien podjąć tutaj rodzic, który zna najbardziej możliwości swego dziecka.
Podróżowanie z małolatem stawia jednak przed nowymi wyzwaniami. Czym się różni taka jazda od tej w dorosłym gronie? Na pewno większą dozą humoru, mnóstwem zabawnych, nieprzewidzianych sytuacji… Ale i większą odpowiedzialnością za bezpieczeństwo, właściwy wybór trasy czy znalezienie właściwej knajpki w porze obiadowej. Krótszy dzienny dystans jest oczywiście normą. Trzeba minimalizować pomyłki i wpadki, by jazda była przyjemnością a nie drogą przez mękę. Każda porażka musi być wyrównana jakąś nagrodą. Obojętnie jaką – lody, medal z szyszki… Homeostaza przede wszystkim. Co jeszcze? Ważny jest cel (np. następna latarnia morska) – dziecko musi jechać „dokądś”. Najgorsze jest czekanie – nieodzowne w każdej podróży. Dla dziecka to prawdziwa męka… No i trzeba wieźć ze sobą dobry humor. Im więcej tym lepiej.

Wyprawa na drugi, morski koniec świata!

Niezapomniana przygoda nad Morzem Bałtyckim- czytam z lekkim niedowierzaniem, ale i ciekawością konkursowy temat i zaczynam błądzić pośród swoich wspomnień. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wracam do tamtego czasu. Czasu pełnego szaleństwa, magii, ale i miłości, odwagi.
To był lipiec 2010 r. Razem z mężem zapragnęliśmy wybrać się nad morze. Postanowiliśmy dotrzeć tam naszym samochodem, osiemnastoletnim Fiatem Punto. Kierowcą miałam być ja, a pilotować miał mój mąż. Opracowaliśmy trasę, samochód obejrzał mechanik Pan Kazio, a cały bagaż juz czekał w pogotowiu. Nasze starania obserwował synek, rezolutny pięciolatek, który widoku morskich fal i ich szumu nie mógł się doczekać. W końcu nasze piękne Morze Bałtyckie i uroki jego wybrzeża znał tylko z moich opowieści.
Wyruszyliśmy o 4 rano. Kilka przystanków, kilka chwil na zebranie sił. Powoli zbliżaliśmy się do mety. Po kilku godzinach, gdy słońce już na dobre umościło się na swej niebiańskiej przestrzeni, dotarliśmy do celu naszej podróży. Powitaliśmy nadmorską miejscowość- Krynicę Morską, która stała się naszą wakacyjną przystanią.
Zaparkowaliśmy samochód na jednym z parkingów w centrum miasteczka i ruszyliśmy przed siebie. Naszym przewodnikiem był szum fal i orzeźwiająca bryza. Przemierzaliśmy kolejne uliczki usiane domami i ośrodkami wczasowymi. . Po kilkunastu minutach ujrzeliśmy Je- Nasze Ukochane Morze. Mimo chmur, które otoczyły budzące się dopiero słońce, i nieśmiałego deszczu zdjęliśmy buty i zaczęliśmy nasze piaskowo- wodne szaleństwa. Mój syn onieśmielony mocą Morza Bałtyckiego, jego nieskończonym błękitem i energicznymi falami spoglądał z wielkim zachwytem na to, co nas otacza. Po chwili ujrzałam szczery uśmiech na jego twarzy. Nie czekał na moją reakcję, słowa zachęty. Złapał mnie za rękę i ruszyliśmy do wody. Tam były skoki, próby namacalnego poznania wody i złapania pierwszej muszli. Otaczała nas radość syna, spragnieni szumu fal turyści i błękit, wzburzony, czasem groźny. jednak piękny i zachwycający!
Tak rozpoczęła się nasza kilkudniowa przygoda pośród doskonałego piękna przyrody, którego żadne przewodniki czy dzieła literackie nie są w stanie opisać.
Każdy nas dzień rozpoczynaliśmy od spaceru nad Zalewem Wiślanym. Potem śniadanie: pyszne bułeczki kupione w jednym z małych sklepików z dodatkiem dorodnych pomidorów i ogórków, które podarowała nam nasza gospodyni.
Gdy słońce rozgościło się na niebie, maszerowaliśmy na plażę. Kilkunastominutowa droga przez las była czasem radosnych rozmów i okazją do żartów. Spotykaliśmy ślady dzikich zwierząt, obserwowaliśmy wysokie drzewa, a potem- pluskaliśmy się w wodzie, odpoczywaliśmy od trosk codzienności, zapominaliśmy o trudach pracy, obowiązkach. Cieszyliśmy się sobą i czasem, jaki został nam ofiarowany w tym iście niebiańskim miejscu.
Po szaleństwach w morzu, wybieraliśmy się na spacer po pięknej miejscowości. Pływaliśmy statkiem po Zalewie Wiślanym, podziwialiśmy latarnię morską, a nasz syn z pasją przyglądał sie różnym pamiątkom, które oferowali miejscowi handlarze. To chusta piracka, to koszyk z muszlami. Wszystko wzbudzało jego zachwyt i ciekawość. Wieczorami spacerowaliśmy brzegiem morza i zbieraliśmy bursztyny. Te małe, złociste kamyczki przyciągały wzrok nie jednego turysty, który w kilka chwil przeistaczał się w wytrwałego poszukiwacza.
Każdy dzień był pełen satysfakcji i zadowolenia. Delektowaliśmy i rozkoszowaliśmy się słońcem, zielenią lasów czy widokiem Rodziny Dzików, którą mieliśmy okazję spotkać w drodze do sklepu.
Po czterodniowym wypoczywaniu nadszedł czas na powrót do naszej mazurskiej miejscowości. Ostatni spacer brzegiem morza, ostatnie chwile, gdy szum fal pieścił nasze zmysły słuchu. Kilka muszelek schowanych pośpiesznie do torebki, ostatnie zdjęcie na tle lasu, ostatni krzyk radości.
Wróciliśmy do DOMU, ale obraz tamtych chwil wciąż przechowujemy w Pamięci. Niczym w Skarbcu Szczęścia. Gdy nadchodzi jesień, a my jesteśmy spragnieni Lata, Morza i Szczęścia, otwieramy nasz Skarbiec.

Ruchliwy weekend...

Polskie morze… Byłam tam będąc dzieckiem, jednak wspomnień jakichś szczególnych nie mam, mało pamiętam. Ale za to ten ostatni raz… Tak niesamowity i tak niewiarygodny! Weekend majowy. Kwatera w Ustce, ja, mąż, rodzice. Była rybka, były gofry. O, to właśnie te gofry chyba, ten cukier może? Czy to one czy nie, to właśnie w Ustce wydarzyła się rzecz niesamowita – w 5 miesiącu ciąży poczułam jego ruchy. Naszego synka kochanego. Chyba to ta bita śmietana albo czekoladowa polewa, która to osłodzić mi miała inne wyrzeczenia :) Mimo, że pogoda nie taka jaka miała być, mimo, że wiatr i zimno, spacerowaliśmy brzegiem morza trzymając się za ręce, przysiadaliśmy na kamieniach i cieszyliśmy się całą duszą dotykając tego małego cudu. Mogły być i burze i grad i pioruny, a dla nas byłby to najsłoneczniejszy pobyt nad Bałtykiem!

Poszerzamy horyzonty, zdobywając szturmem Kąty :)

Nasz podróżniczy debiut miał miejsce w okresie sylwestrowym.Z samego rana pomknęliśmy PKSem w stronę oddalonego o 200 km Gdańska,co samo w sobie było sporą atrakcją.Dodatkową było towarzystwo rozochoconego solidną dawką wysokoprocentowych trunków pasażera,pragnącego stworzyć podwaliny trwałej przyjaźni z resztą podróżnych,niezdolnych jednak dostrzec głębi w snutych przez niego historiach i smutnie-choć słusznie-obojętnych na próby zacieśniania społecznych więzi.
Planowaliśmy zacząć od poznawania uroków gdańskiej Starówki,wysiadłszy z autobusu ruszyliśmy więc na poszukiwania przejścia dla pieszych,które pozwoliłoby nam zbliżyć się do celu.Choć opuściliśmy wieś w sensie fizycznym,w sensie psychicznym nie porzuciliśmy jej ani na chwilę-przeszliśmy już blisko kilometr,zanim zaczęliśmy podejrzewać komunikacyjny podstęp.Szukaliśmy z poświęceniem,ale nie w tym miejscu-podstępne przejście ukrywało się bowiem pod budynkiem dworca.Szczęściem nie przeoczyliśmy słynnych stoczniowych żurawi,bez większych przeszkód oddaliśmy się również zwiedzaniu Starego Miasta i zobaczyliśmy choć kilka z długiej listy gdańskich zabytków.
Wróciliśmy na dworzec,by wyruszyć do Kątów Rybackich,głównego celu podróży.Wkrótce zaczęliśmy jednak podejrzewać,że będziemy musieli zawrzeć bliższą znajomość z lokalnymi bezdomnymi,gdyż czas mijał,a PKSu nie było.Gdy wreszcie się zjawił (po godzinie!),nasza radość nie miała granic, a pojazd-ogrzewania.Całą energię koncentrowaliśmy więc na zachowaniu sił życiowych oraz zlokalizowaniu właściwego przystanku,co z racji zmroku i nieznajomości terenu nie było wcale proste!W Kątach zatrzymaliśmy się w przybytku będącym atrakcyjnym połączeniem przyzwoitej ceny i dobrego standardu,a zmęczenie ukołysało nas do snu skuteczniej niż mogłyby to uczynić morskie fale.
Jako że atrakcyjność morskich fal nie tkwi bynajmniej w wątpliwych właściwościach nasennych,z samego rana wyruszyliśmy na poszukiwania wielkiej wody.Aby dostarczyć sobie wrażeń stopniowo,rozpoczęliśmy od Zalewu Wiślanego,w stronę Zatoki Gdańskiej udając się w drugiej kolejności.Rzeczywiście,nie można powiedzieć, żeby ogrom doznań zwalił nas z nóg (a gdyby nawet,to na podorędziu była ławeczka rybaka,na którą moglibyśmy paść zemdleni).Poza nią znaleźliśmy tam jedynie pomnik łopaty,nawiązujący do planów stworzenia kanału łączącego Zalew z Zatoką.Nasz apetyt na morskie widoki nie został nasycony,ruszyliśmy więc dziarsko nad Zatokę,maszerując drogą wśród sosnowych lasów.Morze powitało nas chłodno i nie jest to tylko poetycka personifikacja!Choć zmrożony piasek chrupał pod stopami,a dokoła hulał lodowaty wiatr,nie powstrzymało nas to od wydania okrzyków zachwytu.Nie było tu jednak nie tylko kormoranów (okolice Kątów wchodzą w skład rezerwatu tych ptaków),ale i ludzi,wyglądało za to,jakby w każdej chwili pojawić się mogła Buka…
Wieczorem, gdy kości zostały rzucone (na przygotowane wcześniej posłanie),perspektywa wyczekiwania na sylwestrową północ wydała się znacznie mniej kusząca.Wkrótce spaliśmy snem sprawiedliwego,nadchodzący rok pozostawiając w sferze sennych rojeń (w kwestii Buki byliśmy za to znacznie bardziej zachowawczy).Hałas,który obudził nas jakiś czas później,rodził podejrzenie,że nasze obawy przed nieznanym niebezpieczeństwem były jak najbardziej uzasadnione.To biegnąc po schodach, to z nich spadając,z łoskotem i energią skutecznie budzącą zdumienie lokatorów,zjawili się w naszej kwaterze kolejni amatorzy sylwestrowych wypadów.Porównując energiczność,z jaką pokonywaliśmy te same schody dzień wcześniej,zrozumieliśmy, że nie mamy szans w bezpośrednim starciu z tym wrażym plemieniem i że o ile nie powstrzyma go moc zamka w drzwiach (oraz bijąca od nas siła ducha),będziemy zgubieni. Nad ranem zamek nadal tkwił na swoim miejscu,natomiast duch osłabł znacząco skutkiem niewyspania…
Tak skończyła się,Czytelniku,ta wyprawa,którą pragnę zachować-jeśli nie dla przyszłych pokoleń,to dla zapominalskiego zgredka,w którego powoli,acz konsekwentnie się przecież przeradzam :)

Dzieci nad morzem nigdy się nie nudzą

Mam troje małych dzieci, mimo to co rok staramy się chodź na kilka dni wyruszyć do trójmiasta. Co jest godne zwiedzania? Myślę, że warto pójść do Gdyńskiego Oceanarium, by zobaczyć rafy koralowe, egzotyczne rybki i ogromną anakondę, warto odwiedzić też Zoo w Gdańsku, gdzie można bez stresu pojechać po nim tramwajem z przewodnikiem, po nim tylko już Park Oliwski i Palmiarnia. I oczywiście nad morzem nie zapomnijmy o morzu – my byliśmy na molo w Spocie i Gdańsku Brzeźnie oraz popłynęliśmy statkiem pirackim z Gdyni po zatoce Gdańskiej. Z noclegów polecam hotel przyjazny rodzinom czyli Faltrom Gdynia, w hotelu była dodatkowa kuchnia dla podgrzania zupek, mleka dla dzieci, prasowania, duży plac zabaw i basen, w którym do woli mogliśmy pływać wieczorem. Wakacje nad morzem zawsze są udane !!!

Wakacje z "Chorobździlkiem" :)

Lato 2013.

AKTORZY:
- główna rola: Sebastian, lat 4,5. Przez rodzinę nazywany uroczo „Chorobździlek”. Chorował na potęgę od stycznia do grudnia. Zazwyczaj co 2 tygodnie.
- aktorzy drugoplanowi: Rodzice, przerażeni brakiem odporności u smyka. Ulubione zdanie „znowu chory? Ile można…?”

REŻYSER:
Samo życie…

Akt I. „Mamy dość!”.
Po kolejnym faszerowaniu substancjami na receptę rodzice powiedzieli „DOŚĆ. Koniec. Basta! THE END chorowania”. Szukali niekonwencjonalnych sposobów na poprawienie odporności u syna. Czosnek, syrop z cebuli – jak większość zdrowych rzeczy nie przeszły synowi przez gardło („chorobździlek” był też niejadkiem – prostuje reżyser); tran – nie pomógł; szczepienia doustne – efekt ZERO; syropki na odporność – skład to tablica Mendelejewa, więc nie próbowaliśmy nawet. Na akupunkturę za mały (kto lubi kłucie?), do słynnych nalewek miodowych babuni brakowało mu prawie 14 lat. Skończył się pomysły… Aż tu nagle pewna mądra głowa (bez specjalizacji medycznej) poradziła – „Jedźcie z Nim nad morze, to raj dla takich „Chorobździlków” jak On! Duża zawartość jodu w powietrzu wpływa zbawiennie na odporność dziecka. Wiem, z doświadczenia”. Coś nowego – pomyśleli rodzice i zaplanowali podróż z synem nad rozległą wodę: Morze Bałtyckie…

AKT II. „Stegna wita!”.
Wyruszyli w podróż. Niedaleką. Niecałe 300km. „Czyżby rozwiązanie problemu było tak blisko?” – pomyśleli. To był ich pierwszy pobyt nad morzem. 1,5 tygodnia. Domek wczasowy 10min od wody. Wspaniały klimat.
Dotarli na samą noc. I już pierwszej nocy stał się cud – „Chorobździlek” zaczął oddychać przez noc, nie męczył go katar, chrypka, nic. Spokojny i cichy sen. Tak cichy, że rodzice sprawdzali czy wszystko jest ok… Było wspaniale.

AKT III. „Wakacje nad morzem najlepszym lekiem!”.
Dni nad morzem mijały beztrosko i bez ustalonego rytmu. Spontaniczne. Jednego dnia rodzina była na plaży zażywając kąpieli słonecznych i tych wodnych, drugiego zwiedzali Gdańsk czy Sopot (jednak zwiedzania było mało, raczej rozkoszowali się urokami plaży). Bez pośpiechu. W komplecie. Uśmiechnięci, bo w końcu mają czas dla siebie. Radośni, bo „Chorobździlek” nie przejawia żadnych oznak choróbska (a On źle znosił wszystkie wyjazdy). Oddycha lepiej, jest zadowolony i ma więcej energii. Cały dzień na zmianę kąpał się w morzu, zbierał muszelki do wiaderka, lepił dziwne budowle z piasku czy kazał się zakopywać pod samą szyję. Cudowny widok.

AKT IV. „Podsumowanie zbawiennej wyprawy”.
Półtora tygodnia minęło szybko. Za szybko. Rodzina wróciła do domu. I wiecie co się stało? Jeden wyjazd sprawił, że „Chorobździlek” prawie wcale nie choruje (tfu! tfu!). Te kilkanaście dni tak wzmocniły Jego odporność, że teraz nawet jak się przeziębi, to kończy się na kilkudniowym katarze i TO WSZYSTKO! Niesamowite. Lekarstwo na odporność było tak blisko! Te wakacje długo zostaną w pamięci rodziny, bo dzięki nim zaczął się nowy etap w ich życiu. Bo czy jest coś wspanialszego niż zdrowe dziecko? :)

Od tego wyjazdu mamy zamiar jeździć nad morze co roku o ile tylko szef i portfel pozwolą nam na to. Będziemy jeździć dla pięknych wspomnień i dla zdrowia naszego Synka!

Szczęśliwi Rodzice i „nie-Chorobździlek”.